Użytkownik Eryk Opublikowano 15 Lipca 2021 Użytkownik Udostępnij Opublikowano 15 Lipca 2021 (edytowane) Czy kiedyś zastanawialiście się nad sensem tych wszystkich starych kreskówek z lat trzydziestych ubiegłego wieku? Ja też nie, ale nie dlatego, że nie jest to ciekawy temat. Po prostu logiki oraz sensu tam brakowało i doszukiwanie się czegoś na siłę nie ma sensu. Przez lata sztuka animacji ewoluowała wraz z wzrostem wymagań u wszelakiej maści odbiorców. Jednak, nie jest to lekcja historii, a krótki wstęp do recenzji, przy której wykrzyczałem więcej bluzgów niż przez całe swoje życie, aż do momentu odpalenia tej gry. Powiedzieć, że Cuphead jest trudną grą jest jak powiedzieć, że gwiazdy na nocnym niebie to takie małe świetliki. Może niektórych to przekona, jednak mimo wszystko jest to wielkie niedomówienie. Produkcja studia MDHR od samego początku rozgrywki rzuca nam kłody pod nogi i to nie takie, przez które z łatwością możemy przeskoczyć, a takie wielkości bali siana, którymi raz za razem dostajemy w mordę, by ostatecznie wstać i spróbować jeszcze raz. Ale, zanim przejdziemy do gameplayu wypadałoby coś o grze jeszcze opowiedzieć. Cuphead powstawał przez długie lata ze względu na swój specyficzny styl graficzny wzorujący się kreskówkach z lat trzydziestych dwudziestego wieku. Twórcy gry podjęli się nietypowego podejścia do tytułu i postanowili wszystkie animacje wykonać własnoręcznie. Jednak nie poszli na łatwiznę by ograniczyć animację do 24 czy 30 klatek na sekundę, oj nie. Studio MDHR mierzyło wyżej i przygotowało wszystkie animacje w 60 klatkach, co przełożyło się oczywiście na czas powstawania produkcji. W Cupheadzie znajdziemy mnóstwo pięknych nawiązań do kultowych starych kreskówek zaczynając od Beaty Boots, aż po Popeye czy Mortimera(ta zła mysz w Myszce Mickey). Cała ta otoczka jest zamykana przez świetny jazzowy akompaniament towarzyszący nam przez całą grę. Nie oszukujmy się - fabuła w Cupheadzie nie gra istotnej roli, jednak jest dość nietypowa. Ot dwójka kubkofiliżanko bohaterów udaje się do kasyna prowadzonego przez nikogo innego jak samego diabła, gdzie przegrywają wszystko, a w ramach spłaty długu zostają jego windykatorami. Nietrudno się domyślić, że od razu zostajemy wykopani z kasyna i wyruszamy na swoją “misję”. Oczywiście nie jest to takie proste - raczej dłużnicy nie tak łatwo zgodzą się do podpisania cyrografu przyniesionego przez dwójkę małych kubkoszklankocośtam gości. Gra całą swoją rozgrywkę opiera o walki z bossami, a poziomy platformowe są jedynie dodatkami, na których możemy zdobyć dodatkową ilość monet w celu odblokowania nowych zaklęć czy modyfikatorów do naszych pocisków. Właśnie, ponieważ nasz bohater może zmieniać swoje umiejętności specjalne - chwilowa nieśmiertelność czy potężny atak zadający ogromne obrażenia - czy chociażby rodzaj amunicji - samonaprowadzające pociski, które zadają małe obrażenia, czy pociski boomerang, które zawracają i strzelone do tyłu posiadają większy zasięg. Starcia z bossami same w sobie są dość krótkie i zajmują średnio coś koło dwóch minut, jednak droga przez piekło jakie musimy przejść by nauczyć się wszystkich ruchów przeciwnika i jak ich unikać, to już o wiele dłuższa sprawa. Bossowie, z którymi będziemy się zmagać są różni/unikatowi i często bardzo dziwni - cała ta gra tak naprawdę jest dziwna, ale ta dziwność jest tym, co napędza tą grę. Jak inaczej określić przeciwnika, który wpierw jest pół kobieta i pół samolotem, później przemienia się w szarżującego na nas byka, by na samym końcu przeistoczyć się w księżyc. Tak, to nie jedyny taki specyficzny przypadek w tej grze. Starcia z bossami przybierają dwie formy - jedną, w której walczymy naszymi bohaterami oraz druga, w której też walczymy naszymi bohaterami, jednak w tym wypadku posługujemy się małym samolocikiem - niestety, nie mamy wpływu na zmianę pocisków, jakich używa samolot. Wraz z kolejną grą zauważam, że podobają mi się masochistyczne gry, które wywołują we mnie agresję oraz sprawiają, że moja psychika robi sławny przysiad na butlę. Ciężko mi napisać podsumowanie tej gry, ponieważ jednocześnie ją kocham i nienawidzę. Kocham za wysoki poziom trudności, muzykę, grafikę, ciekawych bossów oraz satysfakcję z pokonania kolejnych przeciwności losu, natomiast nienawidzę za ilość wylanego potu na walce z latającymi przeciwnikami - tak Ptaku, o Tobie piszę paskudo - czy finałowym bossem. Nie ma co ukrywać, gra jest bardzo wymagająca produkcją, gdzie mało kiedy da się pokonać bossa za pierwszym podejściem. Może Cuphead nie wymaga od nas tyle zręczności co Hollow Knight, ale nadal próg wejścia jest wysoki. Edytowane 15 Lipca 2021 przez Eryczke Błędy 3 1 1 Odnośnik do komentarza
Użytkownik Eryk Opublikowano 15 Lipca 2021 Autor Użytkownik Udostępnij Opublikowano 15 Lipca 2021 10 minut temu, OroKoroner napisał: Praca niby ciekawa - ale wątpię byś słowo w słowo napisał takie coś. Sugerując się jakimś artykułem/jakąś inną stroną powinieneś podać źródło informacji. Nie chce skłamać teraz który to artykuł,.który mówi o kopiowaniu itp... Recenzja jest mojego autorstwa i była napisana rok temu na potrzeby innej sieci, na której byłem redaktorem. Następnym razem wrzuć jakiś dowód przed oszczerstwami Odnośnik do komentarza
Użytkownik Mr.Darkness Opublikowano 15 Lipca 2021 Użytkownik Udostępnij Opublikowano 15 Lipca 2021 Spoko temat Lepiej next time zrobić żeby się lepiej czytało 1 ???? Odnośnik do komentarza
Junior Admin Dusia Opublikowano 28 Lipca 2021 Junior Admin Junior Admin Udostępnij Opublikowano 28 Lipca 2021 Odnośnik do komentarza
Rekomendowane odpowiedzi